Liczba wyświetleń stron w zeszłym tygodniu

czwartek, 26 stycznia 2012

Wtedy zaczął się Rok Szczura.

Zwały śniegu żegnałam z okien samochodu, raczej myśląc o nich niz je widząc, bo było ciemno. Było mi niedobrze, zawsze tak mam podróżując autem z zawieszkami zapachowymi i jeszcze to ogrzewanie... Oczekiwanie na lotnisku, kontrolne zdjęcie paska i butów, wylanie ledwo napoczętej pepsi, tak się zaczęła moja podróż do Nowego Jorku, o której zawsze przypominam sobie na chiński Nowy Rok.

Wywleczona z samolotu z okrutną migreną (spowodowaną, rzecz jasna, zdaniem sobie sprawy z porzucenia trójki dzieci przez nas oboje i myśli - a co będzie jeśli wpadniemy z tym całym żelastwem do Atlantyku?!) widziałam za oknem samochodu bezśnieżne okolice szerokich autostrad. I ten wyśniony, obiegany już setki razy za pomocą google earth, ten wyglądający jak tort nadziany świeczkami różnego asortymentu, Manhattan.



Z wioski Suffren dojeżdżaliśmy pięciokrotnie do NY. Przystanek był dokładnie naprzeciwko tego budynku. Ogromnie śmieszyła nas sygnalizacja świetlna w tej wiosce. Na czerwonym świetle świstała a na zielonym kukała :)


Do Big Apple w prawo "siedemnastką" a do "Małej" w lewo. Wiele wiosek w okolicy nosi indiańskie nazwy. Mnie szczególnie utkwiła w pamięci Ho-ho-Kus.


Środek lata zamknięty w patio olbrzymiego drapacza chmur, gdzieś na wschodnim brzegu Manhattanu.


Sympatycznie było spotkać się z Bubbą i Gumpem choćby to tylko nazwa restauracji podającej tylko krewetkowe menu.

Niesamowity sklep "Toys 'R' Us" gdzie straciliśmy poczucie dorosłości na dobrych kilkadziesiąt minut.


Świetlisty z samego rana "kawałek tortu" czyli FlatIron.




Zastanawiające podpisy pod drzewami. Czy to juz ogród botaniczny czy nadal 34th?


Centrum Żydowskie  dostrzeżone spod wejścia do ulubionego sklepu B&H.


Poszukiwania krewnych - dopiero po powrocie uświadomiłam sobie, że siostra mojego dziadka urodziła się w Stanach a nie w Polsce. Pradziadek pracował w kopalni miedzi za stawkę 6 centów dziennie, więc w 1919 postanowił wrócić na Podhale. Mój dziadek pokonał Atlantyk w brzuchu prababki a 16 letnią siostrę Anię wysłano ponownie do USA jak tylko skończył się kryzys...


Czy uwierzycie, że TEN łańcuch miał na sobie człowiek?! Taki normalny, ciemnoskóry co prawda. Podjechał do tego parkingu, rozpiął lichą kurtkę, odmotał z okolic pasa ten kawał żelaznych ogniw z kłódką i przypiął swój rower, a myśmy stali i gałami świecili! :DDD


Ciężko mi było cokolwiek złapać w kadr w całości. Mały aparat kompaktowy szalał też na punkcie światła, bo mocno niedoświetlone doły gryzły się z przejaskrawioną górą. Niestety nie miałam innego sprzętu pod ręką, a szkoda..


Chinatown w dzień pierwszy Roku Szczura.



Gąbeczkowy malarz tak śmigał, że naprawdę trudno było uchwycić jego pracę.


Nie trzeba dodawać, że śmierdziało, prawda? ;)



Zdumiewająco rozebrane dzieci. Temperatura była ok 5 st powyżej zera co przy wiecznie wiejących wiatrach i przeciągach pomiędzy wieżowcami dawało odczuwalność pewnie poniżej zera (bo jeszcze ta wilgoć znad oceanu) a tam większość dzieci (nie tylko pochodzenia azjatyckiego) pozbawiona rękawiczek, nakryć głowy z  gołymi nóżkami pomiedzy bucikiem a kombinezonem! Najpierw nas to stanowczo szokowało, zwłaszcza, że dorośli byli ubrani cieplej. Ostatecznie jednak udawało mi się powstrzymać w metrze i nie dotknąć gołej nogi jakiejś pani siedzącej obok w jesiennym prochowcu i bez rajstop ;D Widocznie do, wszystkiego można przywyknąć.


Taniec lwa zapoczątkował obchody Nowego Roku. Lwy były trzy i pląsały od restauracji do restauracji zbierając tradycyjne datki. Pośród tłumów strzelały petardy i gęsto sypały się kolorowe wstążeczki z papieru i konfetti.


 Znależliśmy Pinga na ulicy Mott ale nie widać było czy w pobliżu jest pan Pong ;)

Zapewne piękne latem wybrzeże rzeki Hudson, w lutym było bardzo opustoszałe i przestronne.

Widok koparek pracujących w Ground Zero dawał złudzenie oglądania zabawek zdalnie sterowanych. Przytłaczający ogrom zniszczenia... 

Gdyby ktos zapytał mnie o wrażenia z tego miasta nie umiałabym odpowiedziec tak jednoznacznie. To miasto złożone, zlepione z kultur, ras i tego wszystkiego co przywieźli ze sobą ludzie zasiedlający wysepkę odkupioną od Indian za bezcen. Radowała mnie językowa wieża Babel, cieszyłam się widokiem przyklejonych, wyuczonych na pamięć uśmiechów (bo wolę to niz naburmuszone polskie wiecznie narzekające oblicza), momentami czułam się jak w przedwojennej Polsce dziwiając się Żydowskim ortodoksom, że przebywają w tak niestosownym otoczeniu jakim są drapacze chmur miast spacerować po krakowskim Kazimierzu. Drażniło mnie okropne dystansowanie się Amerykanów, wydawali mi się być pozamykani w niewidzialnych kulach o promieniu metra nietykalności cielesnej ( i te pełne dezaprobaty spojrzenia na Chomika, który przecież mówił po cichu w środkach transportu - ciszej już by się sam siebie nie usłyszał ;D). Błogosławiłam kanapki Subway za ich lady z warzywami i przeklinałam stanowcze zasłodzenie wszystkiego co można zjeść oraz mikroskopijne sałatki w Applebee. Cierpiałam błądząc wśród niekończących się regałów każdego sklepu (ale zakupów o porze wyprzedaży zimowych nie można było przepuścić!) zachwycałam się sklepem B&H gdzie zakupiony towar sunął na podsufitowej kolejce do kasy). Podsłuchiwałam rozmowy toczone w wielu językach, starałam się powoli przeliterować moje 9 literowe nazwisko (wiesz co, napisz je sama- powiedział młody Żyd w tym właśnie sklepie, a kiedy to zrobiłam- to jak mówisz, że jak to się wymawia? OMG to niemożliwe!), próbowałam nie zgubić się w metrze (ty, tu są sami czarni, wypier...my! wrzasnął Chomik, z którym omyłkowo wysiedliśmy na Brooklinie miast na 42giej) i dogadać z tubylcami, którzy mówią podobno po angielsku :D

Kawałek NY udało się nam uszczknąć jedynie dzięki wyprawie na przełomie stycznia i lutego oraz niesamowicie niskiego kursu dolara w 2008 roku. Gdybym miała kiedyś jeszcze taką okazję, to wykorzystałabym ją ponownie :) Ale przecież nie tylko NY na świecie ;)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Nowe odkrycie.

To był weekend bardzo intensywny. W sobotę goniłam z M od kościoła do szkoły. W kościele miał zbiórkę ministrantów a zaraz po niej występ z zespołem góralskim. Przedstawienie odbywało się w naszej szkole i na szczęście o takiej porze, że mogliśmy dotrzeć na czas.


Potem poszliśmy na jarmark kupić nowe kierpce dla tancerza a kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że trzeba pójść na następne zakupy. Tym razem żywieniowe, bo do przysłowiowego garnka nie było co włożyć ;)

Przyznaję się bez bicia, że obiad zrobiłam bardzo niezdrowy ale bardzo szybko znikający - hamburgery. Wieczorem poszliśmy do znajomych i wróciliśmy drugiego dnia o godz 0.30

Rano zrobiłam starszym synkom pobudkę o 6.00, bo mieli służbę w kościele - potem okazało się, że źle sprawdziłam im grafik, bo powinni pójść na 18.00... Ale nie wyszło im to na złe, bo na popołudnie zaplanowaliśmy narty.  Odwiedziliśmy babcie i dziadka w południe a potem wróciliśmy na obiad.

Jest taka malutka wioska na Podhalu, nazywa się Budz (oczywiście wszyscy wymawiają "buc"). Położona między wzgórzami miejscowość ma doskonałe warunki do odpoczynku zimowego. Oczywiście jeśli ktos lubi małe wiochy, spokój, świeże powietrze i umiarkowany ruch turystyczny. Na południowym (niestety) stoku jest bardzo fajny wyciąg orczykowy. Szeroki, dobrze utrzymany, wyratrakowany i karnety mają cenę bardzo atrakcyjną ze specjalnym uwzględnieniem miejscowych :) (yes, yes, yes!)
Chłopcy zjeżdżają ze stoku o długość ok 700m w ciągu 35-40 min jeden karnet (czyli 20 zł) a potem wołają o jeszcze. Przy pięciu osobach w rodzinie robi się to bardzo drogi sport, a wiadomo, że na samych karnetach nie kończy się impreza. Tutaj zapłaciliśmy 100 zł za wszystkie 5 karnetów na 4 godziny. Chłopcy na ostatnich nogach wsiadali do auta o godzinie 20 :D 

W zimie na Budz lepiej wyjechać od strony Cichego ponieważ od strony Skrzypnego droga jest stroma i wąska a przy takiej ilości śniegu utrzymana jest na biało. Jest problem z wymijaniem się i z podjechaniem.


Dzisiaj czuję trochę, że spędziłam na nartach tyle czasu, ale wieczorem mam trening to rozćwiczę małe zakwaski w ramionach (nogi mnie nie bolą -  warto ćwiczyć regularnie)

Miłego dnia :)

piątek, 20 stycznia 2012

Łapanie chwil :)

Jakaś odrętwiała byłam po tym siedzeniu z dziećmi w domu kiedy były chore. Dzisiaj, widząc słońce nie wytrzymałam, zabrałam najmłodszego na spacer.


Na lewej stronie ulicy jeszcze nie zdążyli pozbierać zasp śniegowych.


Droga do naszego kościoła parafialnego.




Rzeka lekko już zamarzła, tam gdzie nurt spokojniejszy i płytszy.



Miki zjeżdżał z wałów p.powodziowych a ja z żalem zauważyłam, że nie zrobiono nam lodowiska na bieżni    :(

Tak niewiele potrzeba do szczęścia w tym wieku :))) Ja też się dobrze bawiłam :)))

Udanego weekendu :)

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Przyjeżdżajcie na ferie :)

Dla niektórych rejonów Polski ferie zimowe właśnie się rozpoczęły. Zima na Podhalu także :) Dla nas oznacza to zwykłe utudnianie się w poruszaniu drogami miasta (niestety śniegu nikt nie wywózł a aut w związku z feriami przybyło), korki  itd ale też lepszy zarobek tych, którzy są właścicielami wyciągów, gastronomii czy sklepów. Ostatni tydzień upłynął pod rosyjską banderą (nawet podsłuchałam w Biedronce, że jednemu malczikowi nrowitsja w etom Nowom Targu :D) a teraz regularne ferie.

Śniegu ma dosypywać - i dobrze, mam nadzieję, że napada tyle iż do połowy lutego nie stopi się, bo wtedy moje dzieci mają ferie. Póki co siedzą w domu pokasłując po ostatnim i zarazem pierwszym szusowaniu na stoku. Mam nadzieję, że wydobrzeją do przyszłego tygodnia.

Dla zainteresowanych podam, że w samym NT są 2 dość przyzwoite wyciągi narciarskie: Długa Polana i Zadział z małymi wyciągami dla dzieci i początkujących. Jest codziennie ratrakowana trasa do biegów narciarskich od mostu na Al. 1000lecia do Szaflar i widać, że ma wzięcie nie tylko w niedzielę ale też na codzień. Oprócz tego w Grocach szlaki też są przetarte, więc mozna dojść do schronisk (podejrzewam, że po pas w śniegu, ale można). W soboty i niedziele organizowane są ślizgawki na miejskim lodowisku (limit wejść 200 osób) ale myślę, że niedługo zostanie przygotowany tor lodowy na wolnym powietrzu, na bieżni nieopodal lodowiska.


Pada nadal :)
sobota 14.01.2012

poniedziałek 16.01.2012

Miłego poniedziałku :)


Edycja wieczorna - właśnie zaczeli wywozić śnieg z miasta. Bardzo dobrze, bo półtorametrowe zwały śniegu bardzo przeszkadzały w parkowaniu i poruszaniu się.
Dzisiaj na kolację zrobiłam sobie i mężowi krewetki. Zjadłam tylko okruszek, zdjęć nie zrobiłam, bo zostały tak szybko rozdrapane przez dwóch starszych synów, że do tej pory jestem w szoku! Niewiarygodne, że moje dzieci (mające swoje widzimisie gastronomiczne) nagle zasmakowały w krewetkach.
- Mamusiu, my na Chorwacji nałowimy ich dużo na kolację! Zaoferowali swoje usługi po konsumpcji :)

wtorek, 10 stycznia 2012

Święta Rita, cóż to za kobita!

Nie wiedziałam o tej świętej zbyt wiele, gdy nagle zwisła jej postać nade mną. Postać ta okazała z lekka przytłaczająca dla nędzniczki klęczącej u jej stóp i z lekka surowo patrząca spod woalu zasłaniającego włosy. Pochyliłam się więc nad notatka wspartą o klęcznik i poczytałam o jej żywocie. Ciężko miała... Wydana za mąż w wieku lat 12, prześladowana i maltretowana przez męża, urodziła 2 synów. Po śmierci męża wstąpiła do klasztoru gdzie znosiła upokorzenia ze strony sióstr - dziewic...Dowiedziałam się z notatki, że jest czczona jako święta od spraw trudnych i beznadziejnych, kobiet we wszystkich stanach, zwróciłam się więc z modlitwą w intencji kobiety będącej wówczas w stanie błogosławionym. Być może taki był boży plan, że weszłam do Kościoła p.w. Św Katarzyny Aleksandryjskiej (która jest moją patronką)  w Krakowie w tamten zimny, wrześniowy dzień. Przyznam, że moje wejście do kościoła było wspomożone nagłą i gwałtowną ulewą kiedy wracałam z Kościoła na Skałce z powrotem na Kazimierz.



Kościół mnie zachwycił :) Nie dość, że pusty, to gotycki, wysoki, czysty (chodzi mi o zdobnictwo, zdecydowanie nie lubię barokowego przepychu) i wszędzie otwarty. Juz zapomniałam byłam o tej ulwie, już zaczęłam eksplorację z dreszczykiem podniecenia skradałam się wszędzie tam gdzie tylko drzwi ustępowały pod naciśnięciem klamki :) W nawie głównej trwały jakieś prace remontowe i rozlegały się stukania i szurania co w ogóle przestało docierać do mnie.


Z historii tego kościoła ciekawe jest to, że w 1443 roku, już w trakcie budowy, runęło sklepienie nawy na skutek trzęsienia ziemi. Nie oszczędził tego kościoła pożar w 1556, a w czasie potopu szwedzkiego zmieniono go na tymczasowy lazaret. W 1634, na miejscu poliptyku augustiańskiego (znajdującego się obecnie w Galerii Sztuki Dawnej Polski Muzeum Narodowego w Krakowie), wzniesiono obecny wczesnobarokowy ołtarz główny, który przysłonięty jest tym czymś z jego wizerunkiem - mniemam, że za nim trwa konserwacja tego ołtarza.





W 1786 r kościół przetrwał kolejne trzęsienie ziemi w stanie tak tragicznym, że groziła mu rozbiórka! Nieliczna z ozdób wieńcząca łuk w nawie głównej przedstawiająca Chrystusa ukrzyżowanego.


Jedne z dwóch XIX wiecznych organów zachowanych w bardzo dobrym stanie. Czy ten balkon nie jest cudny!?

Mogłam do woli przechadzać się krużgankami, które łączą się z wirydażami i udawać, że moja szata szeleści ciągnięta po ziemi. Natchnęły mnie te miejsca takim spokojem jakiego nie zaznałam od dawna. Nad wejściem fresk Misericordia Domini z ok 1470 r.


W kolejnym zaułku znalazłam zaś kaplicę bł. Izajasza Bonera i ufundowany przez przemysłowca Dziadonia witraż.


Pomimo, ze kościół nie został ukończony (miał być dłuższy i z obu stron powinny zdobić go wieże), to jednak przetrwał do dnia dzisiejszego i istnieje związana z nim legenda. Podobno miał powstać jako dzieło pokutne Kazimierza Wielkiego, którego rozpustę miał odwagę skrytykować niejaki Marcin Baryczka, a w skutek tego aktualny biskup Bodzęty miał nałożyć na króla klatwę. Kazio nakazał Marcina utopić w Wiśle ale jego ciało ponoć wypłynęło z jej odmętów bijąc blaskiem , a więc król z przestrachu wielkiego ufundował ów kościół.

Dużo o kościele i Zakonie Św Augusta pisze Tartuffe Świętoszek :)

Ciekawi jesteście skuteczności wstawiennictwa Św Rity? Otóż, wysłuchała moich próśb i dziecię przyszło na świat o czasie, cało i zdrowo :)))

poniedziałek, 9 stycznia 2012

I takie były zimy mojego dzieciństwa :)

Może nie zawsze ale cóż ja na to poradzę, że tylko o takich śnieżnych i mroźnych zimach pamiętam? Pewnego roku, zaspy pod domem mojej koleżanki sięgały do parapetu parterowych okien. Wraz z nią samą i jeszcze jedną powzięłyśmy postanowienie niesamowicie atrakcyjnej zabawy - skakania z okna do zaspy. Wszystko dało się logistycznie opanować; zostawiłyśmy bramę od garażu otwartą i po przeleceniu 5 stopni i krótkiego korytarzyka byłyśmy już w pokoju starszego brata Szpulki - Jasia. Jego biurko było doskonale usytuowane, tuż pod oknem, więc kocimi susami sadziłyśmy z krzesła na biurko, z biurka na parapet i w zaspę!!! Trwało to dobre pół godziny nim zgrzałyśmy się, nim dom wyziębiłyśmy i nim ubiłyśmy śnieg pod oknem na twardą, niską masę. Oczywiście po zabawie pozamykałyśmy wszystkie otwarte okna i drzwi i posprzątałyśmy wodę z biurka. To znaczy, zdawało się nam, że posprzątałyśmy. Jasio studiował wówczas architekturę i na biurku były jakieś papierzyska, które tylko przesunęłyśmy na bok. Nie wzięłyśmy pod uwagę, że śnieg zamienia się w wodę, która rozpryskiwała nam pod butami... Szpulka dostała okropną burę, ale bohatersko wzięła wszystko na siebie! Ale co tam, jak się ma 10 lat, to architektura wydaje się być strasznie nudna i niewarta uwagi ;D



Wczoraj spędziliśmy bardzo miłe dwie godzinki na stoku. Nareszcie zaczęło sypać na tyle by biel stoku (śnieżnego do tej pory sztucznie) zrównała się z bielą otoczenia. Chmury wisiały nisko wypuszczając swoją zawartość nieustannie na zjeżdżających ale jak się ma gogle, to nic to! Najważniejsze, że udało nam się pojeździć bez stania w ogonku do orczyka - przed południem, w niedzielę zazwyczaj jest luźniej. Amatorzy dopiero po zjedzeniu obiadu nacierają na stoki.

Tak, taka zima może być! A już kupiłam sobie pęk wiosennych tulipanów, dwa dni temu, w akcie desperacji i zmyłki wiosenno-jesiennej za oknem :) Właśnie więdną od ciepła kominka. A co tam! Nie szkoda ich gdy sypie śnieg :)))

czwartek, 5 stycznia 2012

Póki było jeszcze jasno.

A było jasno, przed południem dzisiejszego dnia :) Bo, że zimy ten dzień nie przypomina, to niestety inna sprawa...

Jednak mnie zimowe nastroje są w głowie, takie puchate, cieplutkie i miłe w dotyku. Takie filcowe :)

Artdeco, w kilku ostatnich wpisach zrobiła się bardziej pomarańczowa tu, co bardzo mi się spodobało. Do tego od Lotty trafiłam tam i zaszalałam w Empiku kupujac dwa kawałki filcu. Dlaczego nie uszyć czegoś dla siebie? I oto jest, pokrowiec na moją własną komórkę :)))



Bo w czasie deszczu dzieci się nudzą, a co dopiero podstarzałe dziewczynki! ;)

Z filcem jest to mój pierwszy kontakt, jeśli nie liczyć froterowania podłóg w domu rodzinnym. Uważam, ze zdecydowanie lepiej mi wychodzi wersja do szycia.