Wywleczona z samolotu z okrutną migreną (spowodowaną, rzecz jasna, zdaniem sobie sprawy z porzucenia trójki dzieci przez nas oboje i myśli - a co będzie jeśli wpadniemy z tym całym żelastwem do Atlantyku?!) widziałam za oknem samochodu bezśnieżne okolice szerokich autostrad. I ten wyśniony, obiegany już setki razy za pomocą google earth, ten wyglądający jak tort nadziany świeczkami różnego asortymentu, Manhattan.
Z wioski Suffren dojeżdżaliśmy pięciokrotnie do NY. Przystanek był dokładnie naprzeciwko tego budynku. Ogromnie śmieszyła nas sygnalizacja świetlna w tej wiosce. Na czerwonym świetle świstała a na zielonym kukała :)
Do Big Apple w prawo "siedemnastką" a do "Małej" w lewo. Wiele wiosek w okolicy nosi indiańskie nazwy. Mnie szczególnie utkwiła w pamięci Ho-ho-Kus.
Środek lata zamknięty w patio olbrzymiego drapacza chmur, gdzieś na wschodnim brzegu Manhattanu.
Sympatycznie było spotkać się z Bubbą i Gumpem choćby to tylko nazwa restauracji podającej tylko krewetkowe menu.
Niesamowity sklep "Toys 'R' Us" gdzie straciliśmy poczucie dorosłości na dobrych kilkadziesiąt minut.
Świetlisty z samego rana "kawałek tortu" czyli FlatIron.
Zastanawiające podpisy pod drzewami. Czy to juz ogród botaniczny czy nadal 34th?
Centrum Żydowskie dostrzeżone spod wejścia do ulubionego sklepu B&H.
Poszukiwania krewnych - dopiero po powrocie uświadomiłam sobie, że siostra mojego dziadka urodziła się w Stanach a nie w Polsce. Pradziadek pracował w kopalni miedzi za stawkę 6 centów dziennie, więc w 1919 postanowił wrócić na Podhale. Mój dziadek pokonał Atlantyk w brzuchu prababki a 16 letnią siostrę Anię wysłano ponownie do USA jak tylko skończył się kryzys...
Czy uwierzycie, że TEN łańcuch miał na sobie człowiek?! Taki normalny, ciemnoskóry co prawda. Podjechał do tego parkingu, rozpiął lichą kurtkę, odmotał z okolic pasa ten kawał żelaznych ogniw z kłódką i przypiął swój rower, a myśmy stali i gałami świecili! :DDD
Ciężko mi było cokolwiek złapać w kadr w całości. Mały aparat kompaktowy szalał też na punkcie światła, bo mocno niedoświetlone doły gryzły się z przejaskrawioną górą. Niestety nie miałam innego sprzętu pod ręką, a szkoda..
Chinatown w dzień pierwszy Roku Szczura.
Gąbeczkowy malarz tak śmigał, że naprawdę trudno było uchwycić jego pracę.
Nie trzeba dodawać, że śmierdziało, prawda? ;)
Zdumiewająco rozebrane dzieci. Temperatura była ok 5 st powyżej zera co przy wiecznie wiejących wiatrach i przeciągach pomiędzy wieżowcami dawało odczuwalność pewnie poniżej zera (bo jeszcze ta wilgoć znad oceanu) a tam większość dzieci (nie tylko pochodzenia azjatyckiego) pozbawiona rękawiczek, nakryć głowy z gołymi nóżkami pomiedzy bucikiem a kombinezonem! Najpierw nas to stanowczo szokowało, zwłaszcza, że dorośli byli ubrani cieplej. Ostatecznie jednak udawało mi się powstrzymać w metrze i nie dotknąć gołej nogi jakiejś pani siedzącej obok w jesiennym prochowcu i bez rajstop ;D Widocznie do, wszystkiego można przywyknąć.
Taniec lwa zapoczątkował obchody Nowego Roku. Lwy były trzy i pląsały od restauracji do restauracji zbierając tradycyjne datki. Pośród tłumów strzelały petardy i gęsto sypały się kolorowe wstążeczki z papieru i konfetti.
Zapewne piękne latem wybrzeże rzeki Hudson, w lutym było bardzo opustoszałe i przestronne.
Widok koparek pracujących w Ground Zero dawał złudzenie oglądania zabawek zdalnie sterowanych. Przytłaczający ogrom zniszczenia...
Gdyby ktos zapytał mnie o wrażenia z tego miasta nie umiałabym odpowiedziec tak jednoznacznie. To miasto złożone, zlepione z kultur, ras i tego wszystkiego co przywieźli ze sobą ludzie zasiedlający wysepkę odkupioną od Indian za bezcen. Radowała mnie językowa wieża Babel, cieszyłam się widokiem przyklejonych, wyuczonych na pamięć uśmiechów (bo wolę to niz naburmuszone polskie wiecznie narzekające oblicza), momentami czułam się jak w przedwojennej Polsce dziwiając się Żydowskim ortodoksom, że przebywają w tak niestosownym otoczeniu jakim są drapacze chmur miast spacerować po krakowskim Kazimierzu. Drażniło mnie okropne dystansowanie się Amerykanów, wydawali mi się być pozamykani w niewidzialnych kulach o promieniu metra nietykalności cielesnej ( i te pełne dezaprobaty spojrzenia na Chomika, który przecież mówił po cichu w środkach transportu - ciszej już by się sam siebie nie usłyszał ;D). Błogosławiłam kanapki Subway za ich lady z warzywami i przeklinałam stanowcze zasłodzenie wszystkiego co można zjeść oraz mikroskopijne sałatki w Applebee. Cierpiałam błądząc wśród niekończących się regałów każdego sklepu (ale zakupów o porze wyprzedaży zimowych nie można było przepuścić!) zachwycałam się sklepem B&H gdzie zakupiony towar sunął na podsufitowej kolejce do kasy). Podsłuchiwałam rozmowy toczone w wielu językach, starałam się powoli przeliterować moje 9 literowe nazwisko (wiesz co, napisz je sama- powiedział młody Żyd w tym właśnie sklepie, a kiedy to zrobiłam- to jak mówisz, że jak to się wymawia? OMG to niemożliwe!), próbowałam nie zgubić się w metrze (ty, tu są sami czarni, wypier...my! wrzasnął Chomik, z którym omyłkowo wysiedliśmy na Brooklinie miast na 42giej) i dogadać z tubylcami, którzy mówią podobno po angielsku :D
Kawałek NY udało się nam uszczknąć jedynie dzięki wyprawie na przełomie stycznia i lutego oraz niesamowicie niskiego kursu dolara w 2008 roku. Gdybym miała kiedyś jeszcze taką okazję, to wykorzystałabym ją ponownie :) Ale przecież nie tylko NY na świecie ;)
